„Zimna Wojna” Pawła Pawlikowskiego, czyli kino nie tylko Ameryką żyje

Sukcesom Pawła Pawlikowskiego nie ma końca. Po znanej światu “Idzie”, poruszającej trudne relacje polsko-żydowskie w powojennej rzeczywistości, reżyser bierze na tapetę zupełnie inny problem. Problem miłości w trudnych czasach.

Przykład Pawlikowskiego, ale także Gaspara Noe, czy Xaviera Dolana wskazują, że nie tylko Ameryką żyją filmy. Reszta świata też ma coś do powiedzenia, czy też pokazania! Przyjrzymy się dzisiaj kilku światowym produkcjom z ostatnich lat, które podobnie jak “Zimna Wojna” – warte są twojej uwagi.

1./ “Zimna Wojna”, 2018 r – Paweł Pawlikowski

 

Ciężko jest mi mówić o tym filmie w inny sposób niż z pełnym zachwytem. Historia miłości bohaterów granych przez Tomasza Kota i Joannę Kulig to topos stary jak świat. Jak wspomniałem wcześniej, to miłość w trudnych czasach – okraszona problemami świata socjalistycznego. Terror czasów Stalinizmu, ciągła inwigilacja służb bezpieczeństwa i zamknięty świat sprawiają, że uczucie tworzące się między dwójką głównych bohaterów musi przeważać ohydę otaczającego świata.

Uczucie prawdziwe i czyste.

Wszystko o “Zimnej Wojnie” zostało już powiedziane.  Za wyjątkiem pięknej historii o miłości dostajemy jeszcze niesamowity montaż, który pokazuje ruch w niespotykanej dynamice i pięknie. Jest ścieżka dźwiękowa, która nawet wydana sama broni się jako jedno z najlepszych wydawnictw fonograficznych od lat. No i musimy oczywiście pamiętać o Oscarowej gorączce, która sprawiła, że warto ten film zobaczyć.

Jak nie dla fenomenalnej Joanny Kulig, to żeby wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi.

 

2./ “Teheran Taboo” 2017 – Ali Soozandeh

 

Moją następną propozycją, na odtrutkę od Amerykańszczyzny, jest Irańska produkcja “Teheran Taboo”. To historia kilku mieszkańców Teheranu, których życie zostaje splecione ze sobą, przez różny, często tragiczny, zbieg okoliczności.

Co ważne jednak, okoliczności te są za każdym razem spowodowane nieludzkim prawem ustanowionym przez fundamentalistów Islamskich. Pod czujnym okiem reżysera Soozandeha obserwujemy codzienne problemy zwykłych ludzi. Matki z dzieckiem, która nie może podjąć pracy, studenta który w trakcie jednej z imprez zrobił głupią rzecz, czy szczęśliwego małżeństwa, które bezskutecznie stara się o dziecko. Problemy, które byłyby stosunkowo łatwe do rozwiązania, piętrzą się. Wraz z tym dochodzi wszechobecny strach. Strach przed złamaniem obowiązującego prawa za które grozi surowa kara. Strach przed donosem sąsiada. Strach przed absolutną władzą ajatollaha.

“Teheran Taboo” to piękny, ale niesamowicie smutny obrazek życia w totalitarnym społeczeństwie. Działa jak lustro, tafla wody, w którym ogląda się zachowania ludzi przypartych do muru nie ze wzgardą, ale cichym zrozumieniem.

 

3./ “Służąca” 2016 – Chan-Wook Park

 

Czas na daleki wschód. “Służąca” to Południowokoreańska epopeja o przywiązaniu, toksyczności w związkach i restrykcjach, które nakładała etykieta i zwyczaje lat 30 XX.

Wszystkich, których blisko trzygodzinny czas trwania filmu odstrasza na dzień dobry pragnę uspokoić. Produkcja wciąga – i to niemiłosiernie.

“Służąca” jest historią o bogatej koreańskiej rodzinie oraz oszuście, który pragnie się wkraść w jej łaski oraz majątek za pomocą tytułowej służącej.

Każda relacja w rodzinie jest obserwowana. Każde zachowanie jest oceniane i nie umknie głowie rodu. Film wręcz pomnikowo przedstawia wzorzec męskiej brutalnej siły z kobiecą finezją i elegancją rozwiązywania problemów.

Dla wielu może być to jedno z pierwszych zetknięć się z kinem koreańskim. Mogę jedynie namawiać do nie zrażania się pierwszymi momentami. Produkcja dzieje się w momencie mieszania się kultur wschodu oraz zachodu – stąd takie wielkie wymieszanie stylów wnętrz czy ubioru. Dla wielu oglądających, może to stanowić niewątpliwy plus – punkt zaczepu, czegoś znanego – w tak bardzo obcym świecie.

“Służąca” zarówno skalą jak i tematyką przypomina szekspirowskie klasyki pokroju Makbeta czy Hamleta. Znajduje się tu zarówno intryga rodzinna, miłość, majątek, ale również zdrada i niewypowiedziane żale i problemy, które znamy z dzieł anglika. Tym razem okraszone azjatyckim rytem.

 

4./ “The Square” 2017 – Ruben Östlund


O “The Square” było głośno na okoliczność rozdania Nagród Filmowych w Cannes. Wszakże tytuł zgarnął główną statuetkę – moim zdaniem bardzo zasłużenie,

Czym jest ten film? Bardzo ciężko jest odpowiedzieć na to pytanie, bez zdradzania większej porcji fabuły. Na pewno jest o życiu Szweckiego kustosza w Muzeum. O życiu w otoczeniu sztuki, innych artystów oraz tony konwenansów.

Konwenansów, czy jak kto woli ograniczeń, które narzucane są chociażby dlatego, że rzecz dzieje się w Szwecji. Każdy chyba słyszał o nieufności Skandynawów do drugiego człowieka. O ich wymuszonej uprzejmości i skłonności do indywidualizmu, który w skrajnych przypadkach sprowadza się do ucieczki od społeczeństwa.

Większość narzucana jest jednak dlatego, że Christian – główny bohater – należy do wyższych sfer. Intelektualnej elity społeczeństwa, której zwyczajnie nie przystoi niektórych rzeczy. A na pewno, że się pewnych rzeczy nie robi, wmawiającej. I to tak skutecznie, że uwierzyli sami sobie.

Cały film jest obserwacją tego świata. Tak innego od naszego, czasem zupełnie komicznego i sprawiającego wrażenie nieprzystającego do rzeczywistości. Świata w którym ludzie cieszą się z bycia okradzionymi i takiego, w którym na wykwintnej kolacji w sali balowej pojawia się człowiek udający szympansa.

Warto zobaczyć? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Chociażby, żeby zobaczyć jak ludzie kultury i sztuki śmieją się z samych siebie.